1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

Rumunia. Kraj śmiertelnych improwizacji

Cristian Stefanescu
30 sierpnia 2023

W Rumunii ludzie padają ofiarami korupcji i fuszerki. Podczas eksplozji na nielegalnej stacji LPG niedaleko Bukaresztu zginęły dwie osoby. Ponad 50 zostało ciężko rannych. Przypadków zaniedbań jest wiele.

https://p.dw.com/p/4Vimi
Strażacy podczas akcji gaśniczej po eksplozji na LPG w pobliżu Bukaresztu, 26.08.2023
Strażacy podczas akcji gaśniczej po eksplozji na stacji LPG w pobliżu Bukaresztu, 26.08.2023Zdjęcie: -/IGSU Romanian Emergency Services/AP/dpa/picture alliance

Przez dwa lata mieszkaniec Crevedii, wioski położonej zaledwie 25 kilometrów na północ od stolicy Rumunii, Bukaresztu, skarżył się wszystkim lokalnym władzom na silny zapach gazu na swoim podwórku. Nikt nie potraktował go poważnie. Aż do soboty, 26 sierpnia, kiedy strażacy dotarli na jego ulicę. Przyjechały też policja i karetki pogotowia. Wreszcie. Dla tego mężczyzny było już jednak za późno: chwilę wcześniej miał śmiertelny zawał, po tym, jak widział, jak jego żona stanęła w płomieniach w wyniku eksplozji na podwórku sąsiada. Kobieta doznała najcięższych obrażeń – 95 procent jej skóry zostało spalone. Dzień później również ona zmarła.

Na podwórku obok domu, w którym mieszkało i zmarło małżeństwo, od lat działała stacja LPG. Tankowano tu samochody lub napełniano butle gazowe do prywatnych systemów grzewczych – w wątpliwych warunkach bezpieczeństwa. W 2020 roku kontrolerzy stwierdzili, że stacja nie spełnia wymogów i cofnęli pozwolenie na prowadzenie tej działalności, ale właściciele zamknęli bramy i robili nadal to samo. Za pomocą improwizowanych pomp gaz był napełniany klientom tak, jak zawsze.

We wspomniany sobotni wieczór gaz, ulatniający się z takiej improwizowanej pompy, zapalił się. Być może przyczyną był papieros, być może upał – nie wiadomo. Najpierw eksplodowała cysterna, później wybuchły też inne zbiorniki z gazem. Ponad 50 osób zostało rannych. Większość z nich to ratownicy, którzy przybyli, by ugasić pożar – strażacy, ratownicy medyczni i inne służby. Wielu rannych jest w ciężkim stanie, niektórzy zostali przetransportowani samolotami wojskowymi za granicę, gdzie są leczeni w specjalistycznych szpitalach.

Ratownicy i transport pacjenta na lotnisku wojskowym Otopeni w pobliżu Bukaresztu.  Poparzona osoba jest przewożona do specjalnej kliniki w innym kraju
Ratownicy i transport pacjenta na lotnisku wojskowym Otopeni w pobliżu Bukaresztu. Poparzona osoba jest przewożona do specjalnej kliniki w innym krajuZdjęcie: Alexandru Dobre/AP Photo/picture alliance

Powróciły wspomnienia katastrofalnego pożaru w bukareszteńskim klubie nocnym Colectiv w 2015 roku. Zginęło wówczas 65, głównie młodych osób, a około 150 zostało rannych. Rząd kierowany przez socjaldemokratycznego premiera Victora Pontę, po masowych protestach ulicznych, musiał podać się do dymisji.

Katastrofy w Crevedii można było uniknąć. Podobnie jak wielu innych. W Rumunii do tragedii dochodzi każdego miesiąca, bo państwo nie wypełnia swojego obowiązku ochrony obywateli właściwie i na czas. To, co wydarzyło się w Crevedii pod Bukaresztem, jest kolejną z wielu symptomatycznych sytuacji dla Rumunii, w której instytucje państwowe nie działają w profesjonalny sposób – ze względu na korupcję, upolitycznienie, intrygi partyjne, nepotyzm, niekompetencję i obojętność.

„Nie mam już powietrza!”

W Rumunii domy płoną po fundamenty, ponieważ prowadzące do nich drogi są często źle zaplanowane i zbyt wąskie, by mogły do nich dojechać wozy strażackie. Karetki pogotowia docierają na miejsce zdarzenia trzy razy później niż zobowiązuje je do tego protokół, ponieważ wiele dróg deklarowanych jako asfaltowe i prowadzących do odległych miejscowości to w rzeczywistości trudne do przejechania drogi wiejskie lub leśne. Zamiast tego, dostarczony asfalt został wykorzystany do wybrukowania dziedzińców lub alei prowadzących do pełnych przepychu domów wiejskiej elity.

Bukareszt, 3 listopada 2015 roku. Masowe protesty przeciwko rządowi po tragicznym pożarze klubu
Bukareszt, 3 listopada 2015 roku. Masowe protesty przeciwko rządowi po tragicznym pożarze klubu Zdjęcie: Reuters/Inquam Photos/O. Ganea

W Rumunii pacjenci umierają w szpitalach, ponieważ ich rany są zakażone zarazkami, które zagnieździły w ścianach sal. Lub dlatego, że chorzy są ignorowani przez tych, którzy powinni się nimi opiekować. W połowie sierpnia młoda kobieta zmarła w szpitalu w mieście Botoszany, położonym około 450 km na północ od Bukaresztu, w pobliżu granicy z Ukrainą. 25-letnia matka trójki dzieci, będąca w trzecim miesiącu ciąży, została przyjęta wieczorem z bólem i silnym krwawieniem, a zmarła siedem godzin później, ponieważ nikt nie interweniował w nocy, by jej pomóc. „Nie mam już powietrza!” – brzmiała ostatnia wiadomość kobiety do rodziny. Lekarze i personel szpitala obwiniają się nawzajem, prokuratura prowadzi dochodzenie.

Zaledwie kilka tygodni wcześniej, w lipcu, młodej kobiecie w zaawansowanej ciąży odmówiono przyjęcia do szpitala w Urziceni (60 km na wschód od Bukaresztu). Urodziła swoje dziecko na chodniku przed kliniką – przypadek, który budzi nie tylko podejrzenie zaniedbania, ale także dyskryminacji: kobieta należy do mniejszości romskiej.

„Nie blokuj niepotrzebnie linii”

Co jakiś czas takie sytuacje wywołują przerażenie. Piętnastoletniej dziewczynie, która została uprowadzona przez przestępcę seksualnego, udało się zadzwonić na numer alarmowy 112, ale spławiono ją zdawkowym „Nie blokuj niepotrzebnie linii”. Krótko potem została zabita przez porywacza.

W Rumunii dziennikarze śledczy regularnie ujawniają przypadki, w których osoby starsze, które wymagają specjalistycznej opieki i osoby niepełnosprawne są w fatalnych warunkach zamykane w placówkach przypominających obozy. „Domy” te są często politycznie hojnie dofinansowywane, ale pieniądze znikają w ciemnej otchłani korupcji i nepotyzmu. Inspekcje tych placówek są zapowiadane z odpowiednim wyprzedzeniem lub przeprowadzane tylko „na papierze”, wszyscy zaangażowani znają nieludzkie warunki, które tam panują, wszyscy wiedzą, jak „sprawa się ma” i nikt z tym nic nie robi. Dopóki media tego nie ujawnią. Wtedy następuje kilka dymisji, sytuacja się uspokaja – aż do następnego przypadku. A ten z pewnością nastąpi.

Katastrofalne warunki w zaimprowizowanym domu opieki w pobliżu Bukaresztu
Katastrofalne warunki w zaimprowizowanym domu opieki w pobliżu BukaresztuZdjęcie: Centrul de Investigații Media

Do niedawna rumuńskie media zajmowały się sprawą młodego kierowcy, który pod wpływem narkotyków wjechał w grupę młodych turystów w wiosce nad Morzem Czarnym. Dwie osoby zginęły, a kilka z obrażeniami trafiło do szpitala. Kierowca został wcześniej dwukrotnie zatrzymany przez policjantów, którzy zignorowali jego zachowanie, mimo iż jednoznacznie wskazywało na to, że ma problemy. Mężczyzna nie został poddany testowi na obecność narkotyków i pozwolono mu kontynuować jazdę. Teraz dziennikarze śledczy próbują przebrnąć przez możliwe mafijne powiązania polityczne i rozszyfrować, jak to możliwe, że policja pozwoliła mu odjechać, mimo że był wyraźnie niezdolny do prowadzenia pojazdu.

„Wszyscy wiedzieli!”

Wracając do niedawnej katastrofy: eksplozje i pożar miały miejsce w miejscu, które od trzech lat nie posiadało licencji na prowadzenie działalności. Siedem instytucji państwowych zostało poinformowanych o nieprawidłowościach na stacji LPG, wszyscy wiedzieli.

Ale biznes kwitł. Trzy lata temu ojciec głównego udziałowca spółki został burmistrzem miasta w południowej Rumunii (z ramienia rządzącej Partii Socjaldemokratycznej – PSD). Od tego czasu obroty firmy jego syna wzrosły wielokrotnie. Źródłem tego boomu handlowego jest hojne zawieranie umów z instytucjami publicznymi. Jest to sprawdzony przepis na sukces w wysoce upolitycznionym rumuńskim świecie biznesu: kontrakty z państwem dla krewnych polityków, którzy wygrywają wybory lub są powoływani na kierownicze stanowiska.

Instytucje państwowe unikają kontrolowania takich firm, aby nie wchodzić im w drogę. Kontrolerami często są byli bliscy współpracownicy wpływowych polityków. Powstają zależności i sieci wzajemnego krycia i wzajemnych dobroczyńców. Nielegalne działania nie są karane, a osoby za nie odpowiedzialne nie są karane, gdy popełniają błędy.

Korupcja w Rumunii jest częsta
Korupcja w Rumunii jest częstaZdjęcie: Burkhard SchubertGeisler-Fotopress/picture alliance

W większości przypadków do tragedii w Rumunii dochodzi na końcu długiej i rozgałęzionej serii aktów korupcji, co do których osoby w nie zaangażowane są przekonane, że nigdy nie zostaną ujawnione. Czują się niepodważalni w swojej strefie wpływów w obliczu państwa, które wydaje się nieobecne i które – jak się wydaje – zawodzi, a przynajmniej przymyka oko na korupcję i niekompetencję. Obserwatorzy mówią nawet o współudziale państwa i mafijnych strukturach w instytucjach państwowych.

Co pozostaje po takiej tragedii? W oczach wielu osób w Rumunii, jak dotąd, tylko pewność, że następna nadejdzie już wkrótce.

Chcesz skomentować ten artykuł? Zrób to na facebooku! >>

 

Konstanca staje się kluczowym węzłem transportu zboża